W swej najnowszej książce, „Kwas siarkowy”, Amelie Nothomb kreuje dość szokującą wizję. Obóz koncentracyjny naszpikowany kamerami oraz uczestnicy reality show w charakterze więźniów. Są poniewierani do granic, zarówno pod względem psychicznym, jak i fizycznym. Ich wytrzymałość na poniżanie testowana jest metodami, których sam Hitler by się nie powstydził. W skrajnej desperacji, jedna z uczestniczek prosi swoich towarzyszy, by zwracali się do siebie na „pan/pani” – ma im to pomóc zachować godność na progu odczłowieczenia. Jak na ironię, te oficjalne formy stają się dla więźniów namiastką wolności w obozowych warunkach. O tym, kto przeżyje zadecydują widzowie.
Powieść Nothomb wstrząsnęła środowiskiem francuskich krytyków – niektórzy z nich grzmią, że pisarka posunęła się za daleko, przekraczając granicę dobrego smaku, inni natomiast wolą na temat tej książki nie wypowiadać się wcale. Jakaż to hipokryzja – my, jako widzowie, dajemy nieme przyzwolenie na widowiska drwiące z ludzkiej godności, a tymczasem książka mówiąca o tym, co może się stać, jeśli ktoś w pewnym momencie nie powie „stop”, budzi oburzenie.
„Kwas siarkowy” to przestroga, moim zdaniem bardzo potrzebna. Bo natura ludzka, nieposkromiona gorsetem zasad etycznych, bywa wręcz podła. W końcu starożytni Rzymianie doskonale się bawili, podziwiając lwy rozszarpujące pierwszych chrześcijan. Dziś taką areną może być telewizja, a ofiarą przeciętny Kowalski.
Anna Miłek